Katarzyna Kazimierowska

Partyzanci atakują sztuką

źródło: Rzczpospolita


Najpierw było Biuro Tłumaczeń Sztuki online. Teraz autorzy wywrotowych tłumaczeń atakują warszawskie galerie, by chętnym przedstawić własne rozumienie sztuki
Najpierw zaatakowali BWA Warszawa i wystawę Jarosława Flicińskiego. Potem ich translatorskim łupem padła Zachęta i zbiorowa wystawa "Choreografia ciał". Teraz przyszedł czas na CSW w Zamku Ujazdowskim i gigantyczną "Regres - Progres", po której oprowadzi autorka całego zamieszania, mieszkająca w Warszawie artystka, Karolina Breguła.
zaczęło się od pomysłu na biuro, w którym zaproszeni przez nią miłośnicy sztuki na zamówienie tłumaczyli zgłoszone przez czytelników dzieła sztuki. Im tłumaczenie było bardziej wywrotowe i odbiegające od prawdziwej interpretacji, tym lepiej. Cel: pokazać, że każdy ma prawo do własnego rozumienia danego dzieła i że ze sztuką można się oswoić, a na pewno nie należy się jej bać.
Po roku pracy nad biurem, nadszedł czas na etap drugi: tłumaczenie sztuki "na żywo". Teraz zaproszeni przez Karolinę Bregułę autorzy mogą wykazać się wiedzą, fantazją czy pomysłowością i oprowadzić po wybranej przez siebie wystawie. Najbliższe oprowadzanie już w ten czwartek, 18 sierpnia w Centrum Sztuki Współczesnej, o godzinie 18.00. Biuro Tłumaczeń Sztuki zaprasza!

Rozmowa z Karoliną Bregułą
rozmawiała Kasia Kazimierowska

Wymyśliłaś sobie zawód: tłumacz dzieł sztuki. Więcej, powołałaś Biuro Tłumaczeń Sztuki, a teraz organizujesz w dodatku partyzanckie naloty na galerie i zapraszasz swoich tłumaczy, bo oprowadzali po wystawach. Skąd taki ryzykowny pomysł?


„Biuro tłumaczeń sztuki" na co dzień jest projektem internetowym. Jego zadaniem jest odpowiadanie na pytania o znaczenie prac współczesnych artystów. Interpretacje, które podaje Biuro odbiegają od oficjalnych, jakie podają autorzy prac, ich kuratorzy, czy galerie i muzea, w których są one prezentowane. Celem takiego wywrotowego działania jest wytworzenie szumu informacyjnego, który zagłuszy nieco instytucjonalny dyskurs, zmieni język, jakim posługujemy się mówiąc o sztuce,  podważy oczywistość oficjalnych znaczeń  dzieł sztuki. Tłumaczenie wystaw na żywo ma dokładnie ten sam cel. Jedyna różnica jest taka, że ze świata wirtualnego przenoszę projekt do rzeczywistości, w której żywi odbiorcy – ci tłumaczący i ci słuchający tłumaczeń spotykają się przy namacalnej sztuce.

Czy nie boisz się namieszania w głowie potencjalnym słuchaczom, niezorientowanym w sytuacji?

Jak mogłabym się tego bać? Przecież właściwie o to mi chodzi, żeby namieszać! Znaczenia, które podajemy są ciekawymi i, mam nadzieję, dla wielu satysfakcjonującymi propozycjami. Ci, którzy potraktują je jako znaczenia oficjalne, staną się elementem mojej pracy. Liczę na to, że po spotkaniu z Biurem Tłumaczeń Sztuki wrócą do galerii ze swoimi bliskimi, którym przedstawią wystawę w sposób, jaki my im zasugerowaliśmy. Dzięki temu szum informacyjny będzie się echem roznosił po mieście! Nie wątpię, że wszystkie te osoby, które przyjmą nasze tłumaczenia „na poważnie" prędzej czy później zetkną się z oficjalnym znaczeniem tych samych prac. I to będzie ten moment, w którym przestaną się bać szukania własnych znaczeń, rozumienia sztuki na swój indywidualny sposób, rozwiną w sobie chęć własnego poszukiwania.
Ale niestety, obawiam się, że mieszanie w głowach nie jest wcale takie proste. Dla większości odbiorców mój projekt jest wyłącznie zabawą z metaforami, grą w łamanie kodów.

Według jakiego klucza dobierasz wystawy i jak ci się udaje przeprowadzić partyzanckie tłumaczenia?

Wspólnie z tłumaczami podejmujemy decyzję, które wystawy wybieramy na tłumaczenia "na żywo". Z nimi też podejmujemy decyzję o tym, co będzie tłumaczone. Tłumaczymy wystawy, które mogą być trudne dla odbiorców i takie, które dla nas samych są wyzwaniem. Przeprowadzenie tłumaczeń nie jest trudne. Po prostu, jak wszyscy odbiorcy, wchodzimy do galerii i rozmawiamy o sztuce. Nie podoba mi się traktowanie sal galeryjnych jak świątyń, w których obowiązuje określony typ zachowania. W tym projekcie galeria to miejsce spotkania, interesującej rozmowy, może nawet zabawy.

Jakie są reakcje słuchających oprowadzaczy po wystawie?

Słuchający przysłuchują się z zainteresowaniem, niektórzy z ufnością, niektórzy z niedowierzaniem. Oczywiście sporo tych, którzy nie znają projektu początkowo myślą, że tłumaczenie jest rodzajem oficjalnego oprowadzania po wystawie. Potem część z nich stopniowo zaczyna rozumieć, że jest inaczej. Wiele osób, które nas słuchają to przypadkowi goście galerii, którzy nie wiedzą o naszej akcji. Ci odbiorcy, oczywiście, cieszą mnie najbardziej.

Podobno zamykasz swoje biuro – dlaczego?

Biuro nie jest projektem edukacyjnym. Gdyby nim było, rzeczywiście powinno trwać. Jako projekt artystyczny uważam, że wybrzmiał. Mam nadzieję, że zostanie po nim ślad w formie książki ze wszystkimi treściami, które pojawiły się na stronie.



 

Lidia Pańków 

Archiwami w miasto 

źródło: Dwutygodnik

 

Sztuka, która wchodzi w przestrzeń miejską, bardziej niż ta zamknięta w czterech ścianach galerii, naraża się na pytanie o swoją zasadność. Typowa sytuacja, w której widz dociera do instytucji kultury i bierze odpowiedzialność za swój wybór, a podjęte kroki uznaje za warte wysiłku nawet w przypadku niezadowolenia z oferty – zostaje odwrócona. Oto obojętny przechodzień natrafia na obiekt, który wyrywa go na chwilę z rutyny i zmusza do choćby minimalnej myślowej operacji. Istnieje też inna możliwość – napotkana rzecz nie wzbudzi w nim żadnej reakcji. Wówczas zamysł konfrontacji zwykłego obywatela z czymś trochę niezwykłym kończy się fiaskiem. (Inaczej rzecz się ma z recenzentem, który – jak mało kto – sumiennie przemierza szlak według mapki dostarczonej przez organizatorów i nie tyle na zdjęcia wpada, co ich szuka jak na harcerskich podchodach).

Karolina Breguła to artystka wizualna i konceptualna, która – jak piszą kuratorzy – w swoich działaniach „skupia się na problemie recepcji współczesnych dzieł” i „podejmuje tematy różnorodności i napięć pojawiających się na styku różnych kultur”. Interwencje, jakich za pomocą wielkoformatowych fototapet ze zdjęciami Chomętowskiej dokonała, to nie tyle program estetyzacji rzeczywistości, co pretekst do refleksji nad kształtem współczesnej Warszawy. O zaangażowanym charakterze projektu świadczy krótkometrażowy film, pokazywany w nowej siedzibie Fundacji przy Andersa, w którym mieszkańcy i przyjezdni mówią o swoich wyobrażeniach i oczekiwaniach wobec stolicy. Ponieważ często padają słowa o braku i różnorodne życzenia, materiał ten przypomina momentami klip z kampanii wyborczej. Dzieci chciałyby wesołego miasteczka, miejscy aktywiści pola dla międzyludzkich spotkań, przybysze z wielkich metropolii – aby ulice były zgiełkliwe i gęste niczym Manhattan.

Podkreślenie przez Bregułę społecznego wymiaru przedsięwzięcia można rozumieć jako próbę dialogu z Chomętowską, której uznanie przyniosły empatyczne sceny rodzajowe i szczerość reporterskiego spojrzenia, pozbawionego patosu i dydaktyki. Twórczość fotografki jest też integralnie związana z historią miasta; na zlecenie Stefana Starzyńskiego dokumentowała problemy warszawskich dzielnic, rejestrowała też stolicę wojenną, ruiny i odbudowę po wyzwoleniu.

Breguła i Chomętowska spotykają się zatem na meta-poziomie; w warstwie motywacji i moralnych wyborów. Selekcja obrazów i wybór ich lokalizacji to już działanie autonomiczne artystki. Fototapety trafiły i do hipsterskich lokali: na Chłodną 25, nadwiślańskie wybrzeże przy Cudzie nad Wisłą, fasadę budynku przy kawiarnianym kiosku 5.29 i do miejsca reprezentującego chaos wizualny i zastygłą transformację ustrojową – na Dworzec Zachodni.

A same obrazy? Nie są komentarzem do otoczenia, nie tworzą wyraźnego cyklu gatunkowego, nie pochodzą z konkretnego rozdziału dorobku autorki. Karolina Breguła sięgała po nie instynktownie, kierując się luźnymi skojarzeniami. Brak klucza do odczytu i sugestii kuratorskich sprawia, że nadajemy im pochopne, nieraz absurdalne znaczenia. Łysiejący wąsacz skupiony nad głębokim talerzem zupy, z lewą ręką opartą o róg przykrytego serwetą stołu, przywodzi na myśl sytuację z baru mlecznego. Akt młodego, muskularnego mężczyzny na murze dawnych magazynów Teatru Polskiego na Powiślu ktoś spontanicznie otagował czerwoną naklejką „Brand your butt”, a oglądana z daleka postać leżącego nad taflą wody sugeruje sytuację romantyczną. Tymczasem druga widoczna postać to nie erotyczny partner czy partnerka, tylko odbicie pijącego mężczyzny. O krępym facecie w cienkich szortach na gumce, uchwyconym od tyłu na zalanej słońcem leśnej ścieżce – powieszonym w oknach Fundacji – pracownicy mówią „siłacz”. Breguła idzie dalej i twierdzi, że umieszczając ten obraz w nowej siedzibie FAF, zadała pytanie o siłę sztuki jako motoru zmian. A może jednak sztuka to jedynie iluzja dla pięknoduchów? I nic poza tym.

Przewrotny tytuł serii zapowiada właśnie takie interpretacyjne potyczki i przesunięcia. „Fotografie korekcyjne”, czyli takie, które dopuszczają możliwość błędu albo korygują skojarzenia związane z miejscami, gdzie je umieszczono. Żywią się tkanką miasta i zarazem ją karmią. Na szczęście fotografia kobiety polewanej silnym strumieniem wody w ascetycznej łaźni – zainstalowana w przejściu podziemnym Dworca Zachodniego – to wbrew pozorom nie dokument opresji, ale ujęcie z sanatorium. Na poprzednich klatkach kuracjuszka zażywała kąpieli błotnych. O tym wiedzą jednak tylko ci, którzy mieli szansę zajrzeć do zeszytu towarzyszącego wystawie „Leikarka”. Zwykli widzowie, mieszkańcy miast i miasteczek, przyjeżdżający koleją do Warszawy – takiej szansy nie dostali. I raczej drążyć na własna rękę znaczeń nie będą.

Czy to właściwie potraktowanie ogromnego materiału archiwalnego wybitnej polskiej dokumentalistki? Trudno powiedzieć. Na pewno – żywe, jak zapowiada tytuł wieloetapowego przedsięwzięcia FAF. Energia projektu karmi się jego powierzchownością. Nie dowiadujemy się nic na temat chronologii prac Chomętowskiej czy zaplecza warsztatowego wybitnej fotografki. Nerw jej zawiłej relacji z przedwojenną i powojenną Warszawą również pozostaje w ukryciu. O tym opowie otwierająca się właśnie w Domu Spotkań z Historią wystawa „Kronikarki”. Ale żeby tę ekspozycję zobaczyć, trzeba już ruszyć się do instytucji.


Katarzyna Kazimierowska rozmawia z Karoliną Bregułą

Korekty rzeczywistości

źródło: Rzeczpospolita

Przechodząc koło Chłodnej 25 zobaczyłam jedno ze zdjęć warszawskiej fotografki Zofii Chomętowskiej. Powiesz mi, co ono tam robi?

To pytanie, które ja powinnam zadać tobie. Umieściłam fotografie z archiwum Chomętowskiej w różnych miejscach Warszawy z nadzieją, że wywołają w przechodniach refleksję na temat miasta. Potem pytałam ich, co myślą, jakie są ich reakcje na te ogromne fotografie. Sprawdzałam, czy rzeczywiście są one korekcyjne.

Jak rozumiem korekcyjne, oznacza, że mają coś poprawić, wprowadzić zmianę na lepsze, albo zasugerować taką zmianę?

Tak, mają spowodować zmianę myślenia o mieście, zbudzić tęsknotę za tym, czego w mieście nie mamy lub czego mamy za mało i w konsekwencji być może doprowadzić do faktycznej zmiany na lepsze czyli korekcji.

No i jakie wnioski?

Wnioski będzie można wyciągnąć podczas otwarcia galerii Fundacji Archeologii Fotografii. Pokażę tam dokumentacje wszystkich miejsc, gdzie zawisły fotografie korekcyjne oraz film, w którym warszawiacy wypowiadają się na temat swoich refleksji nad miastem spowodowanych napotkanymi na drodze zdjęciami Chomętowskiej. Film mówi o wszystkim, co myślimy o mieście w pigułce. Pokazuje, jak wiele chcielibyśmy w nim zmienić i jak wiele w nim doceniamy, jak bardzo nas ono denerwuje i jak bardzo je kochamy.

W jaki sposób trafiłaś na Chomętowską, przecież to prawie zapomniana fotografka?

Fundacji Archeologia Fotografii, zaprosiła mnie do projektu Żywe Archiwa. W ramach tego projektu młodzi twórcy wykonują prace w nawiązaniu do archiwów fotograficznych starych mistrzów, których dokonania opracowuje Archeologia Fotografii. Ja zostałam zaproszona do pracy z archiwum Zofii Chomętowskiej. Otrzymałam na potrzeby pracy dostęp do skanów całego archiwum, co było dla mnie prawdziwym wydarzeniem. Chomętowska to naprawdę wspaniała fotografka.

Ale dlaczego właśnie Chomętowska?

Pytanie skąd połączenie Breguły z Chomętowską należałoby zadać Archeologii Fotografii, bo to była ich decyzja. Ale uważam, że świetna. Chomętowska od lat 30, kiedy trafiła do Warszawy, z pasją fotografowała stolicę, którą i ja uwielbiam. Choć, tak jak ona, nie pochodzę stąd.

Jak wyglądał proces wyboru właściwych zdjęć?

Najpierw musiałam przekopać się przez tysiące zdjęć, które zostawiła po sobie fotografka. To nie było łatwe, bo Chomętowska segregowała swoje zdjęcia niechronologicznie. Na początku praca z takim morzem chaotycznie ułożonych zdjęć była męcząca, ale szybko odkryłam, że ten nieporządek jest inspirujący, bo dzięki niemu zdjęcia nic nie muszą dla mnie znaczyć – są oderwane od czasu, miejsc i faktów, które przedstawiają.

Zresztą wydaje mi się, że do takiego samego wniosku doszli Kuba Dąbrowski i Kuba Śwircz, autorzy książki ze zdjęciami Chomętowskiej, pt. „Amerykanka”. U nich jej fotografie są jakby pamiętnikarską opowieścią zupełnie nowej osoby. W moim projekcie, pozbawione swojego oryginalnego znaczenia, komentują miasto, które Chomętowska kochała, wskazują jego niedoskonałości, może naprawiają.

Aspirujesz do naprawiania miasta?

Aspiruję do przebudzania użytkowników miasta z bezrefleksyjnej zgody na to, co jest w mieście złe. Stąd jeszcze daleko do rzeczywistej zmiany, ale na pewno jest to mały krok w jej kierunku. Dużo się dzisiaj mówi o zmianie miasta. W takich instytucjach jak Muzeum Sztuki Nowoczesnej o mieście rozmawia się na co dzień, trwają debaty, warsztaty i wykłady. Ale wielu użytkowników miasta, z różnych powodów, w tych działaniach nie uczestniczy. Chciałabym, żeby mój projekt trafił również do nich. Przecież wszyscy tak samo bardzo chcielibyśmy czystej rzeki Wisły, umytego dworca czy możliwości biegania nago po trawnikach...

No, to już chyba przesada

No dobrze, może możliwość biegania nago nie naprawi naszego miasta, ale zdjęcie nagiego na Oboźnej ma symbolizować wiele więcej niż tylko nagość w mieście, której nam brak. Ono ma symbolizować zakazy, które utrudniają nam życie lub czynią je mniej przyjemnym. Takie jak to, że w wielu miejscach nie możemy siadać na trawniku; że nie możemy jeździć na rowerze po Łazienkach; że nie możemy kąpać się w fontannach...
Także proszę, by „Fotografie korekcyjne” rozumieć mniej dosłownie.
Jedno ze zdjęć Chomętowskiej umieściłam na ścianie Dworca Zachodniego, by pokazać, że nie dbamy o naszą architekturę. Pokazuje to chociażby przykład Dworca Centralnego, zapuszczonego od lat, który nagle dzięki remontowi pięknieje z dnia na dzień. Albo hotelu Warszawa, który wolimy częściowo zburzyć, przywracając mu blask sprzed lat, jakbyśmy chcieli wymazać historię ostatnich 50 lat, zamiast go wyczyścić i spojrzeć z sympatią. Wolimy wymazać przeszłość, niż ją zaakceptować.

Zastanawiam się, jaką zmianę mogą te fotografie wywołać? Patrzę na pana jedzącego zupę na Chłodnej 25 i przypominają mi się dobre czasy barów mlecznych. No jasne, że ich brakuje, ale czy to oznacza, że powinny wrócić?

Na Chłodnej 25 umieściłam fotografię pana, który je niewyszukaną zupę z niewyszukanego talerza na stole przykrytym ceratą. Naturalnie, kojarzy się to z atmosferą baru mlecznego. Dla mnie to zdjęcie symbolizuje spotykanie się przy tanim ale smacznym jedzeniu, czyli coś, czego w Warszawie prawie już nie mamy. Zwykła kawa kosztuje wielokrotność zupy w barze mlecznym, nie mówiąc o jedzeniu. Dlatego to zdjęcie zwraca uwagę na problem coraz braku miejsc z tanim jedzeniem. Oczywiście, że bary mleczne powinny wrócić.

Na rogu ulic Widok i Kruczej powiesiłaś zdjęcie ze stacji kolejowej w Radości, z napisem tej miejscowości właśnie. Do czego nawiązuje to zdjęcie?

Warszawa to miasto, gdzie jest smutno. Na każdym rogu kamienne tablice informacyjne przypominają nam o przytłaczających wydarzeniach z historii miasta, dla których nie ma przeciwwagi. Czasami wydaje mi się, że nasze miasto to bardziej jego historia niż współczesność. Dlatego radość to coś, czego nam w mieście brak. To zdjęcie postanowiłam umieścić w miejscu dla mnie przytłaczającym architektonicznie, nieuporządkowanym i nieokreślonym.  Takim, gdzie szczególnie należało by dodać trochę „Radości”.

Ostatnie ze zdjęć powiesiłaś we własnym mieszkaniu, do którego zapraszasz potencjalnych gości. Czemu tam i czemu takie, które wyraźnie nawiązuje do zdjęcia na Chłodnej?

Zdjęcie na Chłodnej ma przypominać o braku miejsc z tanim jedzeniem. Ja jestem klientką takich miejsc i cierpię z powodu tego, że znikają. Moje niewielkie mieszkanie, w którym znalazła się jedna z fotografii Chomętowskiej jest mieszkaniem kupionym na kredyt, który będę spłacała przez 38 lat przeznaczając na to większość moich zarobków. Jestem przykładem ofiary złej polityki mieszkaniowej naszego miasta, zwłaszcza złej polityki mieszkaniowej wobec twórców, którzy często decydują się na marnie płatną pracę, by móc działać artystycznie. Ich praca podwyższa jakośc życia w mieście i mogłaby wiele miastu dać. Rozsądnie byłoby dać im możliwość prztrwania. O tym i o innych problemach będzie można pogadać ze mną przy u mnie na Koszykowej.

Na czym polega ta korekta, którą proponujesz Warszawie?

Może trzeba stworzyć lepszy system stypendiów? Może znaleźć miejsca, gdzie artyści mogliby mieszkać i tworzyć? Jeszcze nie wiem. Na razie wiem tylko, że to coś, o czym trzeba rozmawiać.

Czy taki pomysł na utrzymywanie artystów przez miasto, to nie jest trochę wchodzenie w niebezpieczny związek?

Na pewno tak. Ale podobnie niebezpieczy jest każdy inny układ finansujący kulturę. A żeby ona istniała jej twórca musi coś jeść. Trzeba znaleźć jakieś rozwiązanie.

Zbigniew Libera podczas Europejskiego Kongresu Kultury powiedział, że artyści sami dadzą sobie radę. Co ty na to?

Zbigniew Libera ma to szczęście, że na początku swojej kariery znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie, dzięki czemu dziś na siebie zarabia i przede wszystkim ma czas by tworzyć dalej. Oczywiście, że są twórcy, którzy sobie dadzą radę. Ale tych jest garstka. A świata kultury nie może tworzyć kilka nazwisk. Niestety, jest wielu twórców ze wspomnianym wieloletnim kredytem i innymi problemami, którzy swoją pracę artystyczną wykonują najczęściej po dniu cieżkiej pracy, gdy zarobili już na bułkę i czynsz. Ja, żeby móc pracować artystycznie, nie śpię nocami. Jestem już bardzo zmęczona, dlatego chciałabym, żeby coś wreszcie się zmieniło.

Jedno  z twoich korekcyjnych zdjęć zawiśnie na drzwiach Fundacji Archiwum Fotografii. Przedstawia siłacza. Pokazujesz siłę sztuki, czy własne życzenie, żeby była silna?

Siłacz oznacza, że sztuka jest silna, a kultura się liczy. To zresztą jeden z oficjalnie wniosków wspomnianego przez ciebie Europejskiego Kongresu Kultury. By miała moc, musimy dać jej szansę. Korektą miasta, która mi się marzy jest szansa dla kultury.


Podczas 2 dni 23 i 24 września w FAF odbędzie się wystawa zdjęć Zofii Chomętowskiej galerii Fundacji Archiwum Fotografii. Zdjęcie, które wybrała Karolina Breguła można znaleźć w 7 punktach Warszawy. Mapka z miejscami do pobrania na stronie http://www.archeologiafotografii.pl.



Joanna Erbel

Breguła z Chomętowską korygują nasze spojrzenie na miasto

źródło: Krytyka Polityczna

Żyjąc długo w jakimś miejscu z czasem przyzwyczajamy się do jego mankamentów. Oswajamy przestrzeń, nierówne chodniki, niemiłych sąsiadów i wścibskie sąsiadki. Przyzwyczajamy się do korków i długich przejazdów. Oburzamy się na pierwsze grodzone osiedle, ale każde kolejne złości nas coraz mniej. Irytują szare ulice ożywione jedynie przez chaos reklamowy, ale po chwili żyjemy jakby tych reklam w ogóle nie było. Nabywamy przydatnej umiejętności niezauważania - odfiltrowywania tego, co nieprzyjazne oku. Cielesnej dyspozycji unoszenia ciała, aby lepiej amortyzować na rowerze wysokie krawężniki i dziurawe ulice. Mięśni pozwalających wnosić po schodach wózki dziecięce oraz ciężkie walizki. Wszystkie nasze zmysły oswajają się z otaczającą przestrzenią. Bywa, że miasto jest nie do życia, ale to nie ma znaczenia, skoro każdy kolejny dzień potwierdza, że jednak mimo wszystko da się w nim funkcjonować. A jeśli się da, to po coś zmieniać.

Czasami przychodzi otrzeźwienie. Kiedy po dłuższym wyjeździe wraca się do swojego miasta z ciałem, które doznało lepszej, lub po prostu innej przestrzeni, znajome niedogodności zaczynają silniej uwierać. Narasta frustracja. Zdarza, że idzie za nią społeczna mobilizacja. Nieraz prowadzi ona do zmiany. Miasto staje się lepsze i przyjaźniejsze. Jednak na szczęście nie tylko wyjazd może przypomnieć nam nie tylko, że nasze otoczenie dalekie od doskonałości, a naszym obowiązkiem jest marzyć o tym, żeby było lepiej i działać, aby te marzenia zrealizować. Robi to również sztuka, zwłaszcza ta obecna w przestrzeni publicznej. Przywraca utopijne myślenie i wytrąca nas w letargu.

Przez ostatnie kilka lat coraz częściej właśnie dzięki sztuce możemy inaczej spojrzeć na nasze miasta. Najbardziej znane są cyklicznie podejmowane działania przez Joannę Rajkowską Pawła Althamera, czy Iwonę Zając. Od lat konsekwentnie robi to również Karolina Breguła. Jej projekt Niech nas zobaczą (2003), przedstawiający zdjęcia par homoseksualnych umieszczone w galeriach oraz przestrzeni publicznej przypominał, że wśród nas żyją nie tylko pary heteroseksualne, ale również spora grupa par homoseksualnych, która ma również prawo do widzialności w przestrzeni publicznej. Ogrzewając w ramach projektu Pogotowie artystyczne (2008) (http://www.youtube.com/watch?v=bPQyGEkRjkY), dworzec w Kielcach za pomocą ogromnych lamp, żeby zaradzić temu, że w Kieleckiem na dworcu piździ. W ramach cyklu Dobrzy sąsiedzi (2007-2009) opartego się na inicjowaniu codziennych gestów, charakterystycznych dla ludzi mieszkających obok siebie, wykonanych wobec mieszkańców krajów sąsiadujących z Polską uczyła na nowo być dla siebie sąsiadami. Sąsiedzi wpadają do siebie na kawę, pożyczają sobie sól czy cukier, oglądają wspólnie mecze w telewizji i pomagają sobie w podlewaniu kwiatów. Czy też w ramach W środku lato (2010) (http://www.obieg.pl/obiegtv/16140) stawiając w środku zimy na warszawskim pl. Konstytucji ogrzewaną wewnątrz kostkę z filmami nakręconymi w tym samym miejscu, pół roku wcześniej podczas upałów, aby przypomnieć, że jak co roku wróci lato i nie warto się poddawać zimie.

Obecnie można w Warszawie oglądać najnowszy projekt Breguły, Fotografie korekcyjne - siedem fotografii wybranych z archiwum Zofii Chomętowskiej, w ramach akcji Archeologii Fotografii, Żywe archiwa. Sześć fotografii zostało umieszczonych w formie wielkoformatowych wydruków w różnych miejscach Warszawy: na ścianie klubokawiarni Chłodna 25, na murze przy klubie Cud nad Wisłą, skwerze Tekli Bądarzewskiej przy Andersa 13, na rogu ulic Kruczej i Widok przy kawiarni 5,29, na murze na skwerze przy Oboźnej niedaleko kawiarni Kafka, oraz w podziemiach dworca Zachodniego. Siódma zawiśnie w mieszkaniu artystki, gdzie będzie można je obejrzeć po uprzednim umówieniu się.

Breguła wybierając zdjęcia nie skupiała się na tym, gdzie powstały ani kogo dokładnie przedstawiają, by jak wiele innych miejskich projektów opartych na fotografii archiwalnej pokazać nam jak kiedy wyglądało miasto, w którym żyjemy. Wręcz przeciwnie, kontekst powstawania zdjęć został prawie całkowicie wymazany. Poza jedną fotografią przedstawiającą dworzec kolejowym w Radości nie jesteśmy w stanie domyślić się, gdzie zostały one zrobione. Ważne jest jedynie to, że pochodzą one z Warszawy i że zrobiła że Zofia Chomętowska.

Chomętowska była jedną z najbardziej aktywnych i najważniejszych fotografek dwudziestolecia międzywojennego, pionierką fotografii reportażowej. Urodzona w 1902 roku na Polesiu w arystokratycznej rodzinie? początkowo fotografowała swoje najbliższe otoczenie, głównie życie codzienne arystokracji. W połowie lat trzydziestych przeprowadziła się do Warszawy. Pod koniec lat trzydziestych wygrała konkurs na stanowisko fotografki w Ministerstwie Komunikacji. Jednym z jej zadań było wykonanie serii zdjęć propagujących piękno polskiej kultury i natury, które miały zawisnąć w przedziałach wagonów kolejowych. Przez lata fotografowała również życie codzienne Warszawy jako dokumentalistka. Między innymi zrealizowała cykl, w ramach kierowanego przez niego projektu Warszawa wczoraj, dziś i jutro eksponowanego u progu II wojny światowej w warszawskim Muzeum Narodowym, na zlecenie prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego. Fotografowała to, co powinno w stolicy zostać zmienione, a więc drewniane domy na Woli, hycli czy wysypiska śmieci. W jej archiwum obecne są również zdjęcia z odbudowy miasta.

Chomętowska fotografowała Warszawę uważnie i czule. Jak podkreśla Breguła, jak się przegląda archiwum Chomętowskiej widać, że fotografka uwielbiała stolicę. Śledziła jej rozwój, odbudowę, przyglądała się życiu codziennego jej mieszkańców, zwłaszcza kobietom. Dlatego właśnie Breguła zdecydowała się wykorzystać zdjęcia Chomętowskiej, aby zachęcić nas do innego spojrzenia na Warszawę. Jak twierdzi, "sama Chomętowska na pewno by się ucieszyła, jakby jej zdjęcia po raz kolejny pozwoliły skomentować miasto".

Jak w przypadku cyklu zamówionego przez Starzyńskiego celem Breguły jest wskazanie na dziś i jutro, w celu ulepszenia miasta. Wszystkie wybrane fotografie - mimo, że pozornie mało ze sobą związane - nawiązują do tego, czego współczesna Warszawa nie daje, a mogłaby. Swobodę reprezentowaną przez zdjęcie nagiego mężczyzny, naklejone na murze przy ulicy Oboźnej. Możliwość picia wody z Wisły jak to robi nachylony nad taflą rzeki człowiek, którego możemy oglądać przy Cudzie nad Wisłą. Albo szansę na zjedzenie taniego posiłku, jak na zdjęciu na Chłodnej 25. Czy odzyskanie poczucia siły, którą bez wątpienia ma prężący się mężczyzna, zawieszony w oknie siedziby Archeologii Fotografii przy ul. Andersa. Nie należy jednak tych fotografii traktować nadmiernie literalnie. Breguła podkreśla, że mimo iż zdjęcia pokazują konkretnie miejskie praktyki to nie chodzi jedynie o możliwość chodzenia nago, ale o również o siedzenie na trawie czy inne formy przyjemnego kontaktu ciała z miastem. W również bezpieczną jazdę na rowerze. Nie musimy koniecznie pić wody z Wisły, ale przyjemnie byłoby w niej popływać i spędzać czas na jej brzegu.

Z kolei, lekko rozmyte zdjęcie ze Stacji Radość dialoguje z nadmiarem martyrologii, którą żyje Warszawa. Z szarymi smutnymi budynkami i brakiem radości życia w mieście. Nawiązuje również do polityki miasta, która zniechęca do aktywnego i radosnego interweniowania w przestrzeń. Nie bez znaczenia jest miejsce, w którym wisi "Radość" - witryna przy narożnej kawiarni 5,29. Właściciele kawiarni od samego początku działalności rozpoczętej zeszłego lata zmagają się brakiem współpracy ze strony władz miasta. Borykają się z wysokim czynszem, którego miasto nie chcę renegocjować i ignoruje propozycje, żeby w zamian za to 5,29 pełni również funkcję miejskiego punktu informacyjnego. Pobiera dodatkowe opłaty za stawiane donice z kwiatami, odmawia zezwolenia "na zajęcia pasa ruchu" na bardzo szerokim chodniku, żeby jesienią i zimą móc sprzedawać pieczone kasztany, jak w wielu innych miastach. Zamiast zachęcać do ożywienia miasta - rzuca kłody po nogi.

Mimo to Breguła zachęca, żeby nie przestawać marzyć. W końcu Warszawa z roku na rok, często wbrew władzom miasta (ale coraz częściej również dzięki współpracy z nimi) staje się coraz przyjaźniejsza. Ważne jest, aby się nadmiernie nie przyzwyczajać do obecnego stanu rzeczy. I nie uznawać za normę rozwiązań szkodliwych dla mieszkanek i mieszkańców.

Szczególnie ważna w tym kontekście jest najtrudniej dostępna i najmniejsza z odbitek, umieszczona w mieszkaniu Breguły. Na zdjęciu przyklejonych do ściany widzimy grupę osób eleganckich spożywających "na mieście" kilkudaniowy posiłek. Żywienie się na mieście i regularne spotykanie się w kawiarniach, które jest jednym z ważniejszych miastotwórczych elementów nie jest dostępne wszystkim. Często konieczność pracy po kilkanaście godzin dziennie, aby spłacić kredyt mieszkaniowy albo zarobić na czynsz uniemożliwia regularnie spotykanie się na kawę ze znajomymi. Ze względu na brak czasu i pieniędzy. W takiej sytuacji, wynikającej z niedostępności tanich mieszkań, jest obecnie wiele młodszych i starszych osób. W tym Breguła. Umieszczenie marzenia o wspólnym posiłku w restauracji ze znajomymi w swoim mieszkaniu ma służyć jako fotografia korekcyjna względem polityki mieszkaniowej.

Fotografie korekcyjne Breguły diagnozują niedostatki przestrzeni miejskiej i wytrącają nas z zadowolenia. Zachęcają, żeby rozejrzeć się wokół siebie i marzyć bardziej radykalnie. Wskazują również na przestrzeń publiczną jako odpowiednie miejsce do dzielenia się swoimi niepokojami, nadziejami. Pokazują w jaki sposób dzięki sztuce przestrzeń miejska staje się sferą publiczną.



Podczas pisania tekstu korzystałam z: 1. Zofia Chomętowska w Galerii Asymetria, 03-11-2010 http://www.fotopolis.pl/index.php?n=11776&zofia-chometowska-w-galerii-asymetria, 2. Zofia Chomętowska - Twórczość, http://www.archeologiafotografii.pl/pl/zofiachometowska, oraz z informacji uzyskanych w rozmowie z Karoliną Bregułą w Warszawie, dn. 16.09.2011.


Agnieszka Kulazińska

CSW Łaźnia/Inkubator: Karolina Breguła, Miłośnik sztuki, Biuro tłumaczeń sztuki.

źródło: Obieg


Projekt Karoliny Breguły prezentowany w ramach programu Inkubator w gdańskim CSW Łaźnia składał sie  z trzech elementów: prezentacji light-boxu „Miłośnik sztuki”, performance artystki oraz dyskusji dotyczącej jej najnowszego projektu „Biuro tłumaczeń sztuki”. Ich wspólnym mianownikiem było pytanie o sztukę współczesną, jej codzienne funkcjonowanie jako zjawiska społecznego. Light-box przedstawiający mężczyznę czytającego album o historii sztuki najnowszej do góry był zapowiedzią dalszych wydarzeń projektu. Ustawiony na Długim Targu, w jednym z najbardziej ruchliwych i turystycznych punktów miasta działał jak typowa reklama. Do czego zachęcał? Początkowo odczytać można go było jako żart, powtarzający slogany o trudnej do zrozumienia sztuce współczesnej, niemożliwej do prawidłowego odczytania dla przeciętnego zjadacza chleba.

Prawidłowy odbiór to stwierdzenie było kluczowym zagadnieniem projektów artystki. Prace prezentowane w CSW Łaźnia zachęcały do wprowadzenia luzu w kontaktach ze sztuką współczesną. W performance artystka zaproponowała alternatywne oprowadzanie po wystawie Moniki Fleischmann i Wolfganga Straussa „Performing data”, „na nowo” interpretując artefakty prezentowane w ramach ekspozycji. Należałoby tu postawić pytanie, czy tego typu interpretacje, niezgodne z intencjami artysty są prawomocne?  Czy odbiorca ma prawo do swobodnej interpretacji form i faktów?

Najnowszy projekt artystki „Biuro tłumaczeń sztuki”, mający formę internetowej agencji, gdzie grono krytyków interpretuje dzieła na zamówienia, jest próbą odpowiedzi na te pytania. Performance było wprowadzeniem do dyskusji o projekcie. „Biuro daje propozycje interpretacji odbiegających od tych oficjalnych, znanych z fachowej literatury, z prasy artystycznej znaczeń. – opisuje projekt artystka - My proponujemy znaczenie, których nie usłyszymy od artysty, kuratora. Zaproponujemy zupełnie nowe rozumienie, które ma troszeczkę narobić szumu w świecie sztuki, odhermetyzować język sztuki. Dać trochę luzu w myśleniu o niej. Oswoić ludzi ze sztuką.  (...) Prawdopodobnie często to będą tłumaczenia, z którymi artysta by się nie zgodził.”

Biuro z jednej strony zachęca do kontaktów ze sztuką najnowszą, z drugiej jest pytaniem o język opisu sztuki. Parafrazując Stanisława Lema można by zapytać czy ważny jest fakt czy nasz Hamlet jest brunetem czy szatynem. Czy może bardziej istotne jest jakie myśli, emocje, pytania w nas prowokuje. „Biuro tłumaczeń sztuki” jest projektem artystycznym nie agencją usługową, należy o tym pamiętać w kontaktach z nim. Biuro nie-tłumaczy sztuki a stawia pytania o jej funkcjonowanie, współczesny status artefaktów, recepcję działalności artystycznej w społeczeństwie. Co interesuje nas bardziej prawda czy fikcja, forma czy sensacja, nazwisko czy praca?

Czy zwiększenie redundancji komunikatów opisywane przez wielu teoretyków zaowocowało wolnością czy niejasnością artystycznych komunikatów? Czy „filtry odbioru”-krytycy rzeczywiście tłumaczą sztukę? Które interpretacje są lepsze? Na te pytania odpowiedzieć musi każdy miłośnik sztuki wkraczając do galerii sztuki współczesnej.


Agata Diduszko-Zyglewska

Czym jest Biuro Tłumaczeń Sztuki?

źródło: Dwutygodnik

Czym jest Biuro Tłumaczeń Sztuki?

To internetowa agencja, która zajmuje się tłumaczeniem sztuki współczesnej wszystkim tym, którzy mają kłopot z jej zrozumiem. Na stronie BTS, poprzez specjalny formularz, można złożyć zamówienie tłumaczenia dowolnego dzieła. Napływające zamówienia wędrują do mnie, skąd trafiają do wybranych tłumaczy, którzy moim zdaniem zinterpretują dane prace najciekawiej. BTS proponuje znaczenia, które w większości różnią się od tych znanych oficjalnie. Głównym założeniem projektu jest otwarcie ludzi na interpretowanie sztuki w nieco bardziej dowolny sposób. Próbuję w ten sposób zrobić trochę szumu w ogólnie dostępnej wiedzy o sztuce współczesnej. Mam nadzieję, że doprowadzę do tego, że będzie się zdarzało, iż wystawy będą przypadkowo oficjalnie opisywane na bazie informacji zaczerpniętych z BTS.

BTS to twoja praca dyplomowa w PWSFTiT w Łodzi. Nie obawiasz się jak zostanie przyjęta w kręgach akademickich? Postulat równouprawnienia laickiej interpretacji dzieła sztuki może być uznany za nieco wywrotowy.

Tak, BTS to mój dyplom w pracowni prof. Józefa Robakowskiego. To, co robię nie jest może typowym przykładem myślenia akademickiego, ale nie jest też zupełnie wywrotowe.  BTS odnosi się na przykład do „Dzieła otwartego” Umberto Eco.
Jeszcze nie wiem, jak szkoła zareaguje na moją pracę – jej obrona ma odbyć się jesienią i wtedy się dowiem [śmiech]. Studiowałam fotografię, gdzie dyplomy zazwyczaj nie wychodzą poza działania fotograficzne czy filmowe. Podejrzewam, że jeżeli coś wywoła oburzenie to będzie to raczej forma a nie treść pracy. Temat nie będzie dla komisji zaskoczeniem, bo zajmuję się nim już od jakiegoś czasu. Moja praca licencjacka nazywała się „66 rozmów o współczesnej sztuce”. Był to cykl rozmów z osobami, które nie są zawodowymi odbiorcami sztuki. Pytałam ludzi o wybrane polskie dzieła sztuki, które przez krytykę sztuki uważane są za dobre i znaczące. Dowiadywałam się, jak je rozumieją i co o nich myślą. Wszystko po to, by stworzyć narzędzie, które umożliwiłoby współczesnemu twórcy poznanie gustów, oczekiwań i wątpliwości odbiorców, a w efekcie pozwoliłoby mu lepiej do nich dotrzeć. Artysta, który obraca się głównie we własnym środowisku, nie ma najczęściej kontaktu ze zwykłym odbiorcą, znudzonym sztuką, której nie rozumie. Być może z tego powodu jego prace posługują się tak hermetycznym językiem.

Jak ewoluowało to zainteresowanie recepcją sztuki przez tzw. zwykłego człowieka w twoich pracach?

Przeprowadzając „66 rozmów...” nabrałam nawyku notowania zasłyszanych wypowiedzi na temat sztuki współczesnej. W pewnym momencie zorientowałam się, że mam nimi wypełniony prawie cały notes. Te notatki posłużyły mi do przygotowania pracy „Nie rozumiem” do wystawy „Punkt video”. W „Nie rozumiem” staję się aktorką recytującą fragmenty około dwudziestu wypowiedzi na temat sztuki współczesnej – część z nich to wypowiedzi entuzjastyczne, część - skargi na niezrozumiałość dzieł. Ten film jest rodzajem wyznania. Nie jestem historyczką sztuki, moja wiedza na temat ikonografii jest bardzo nieregularna przez co często sama mam problem, o którym mówią autorzy wypowiedzi. Mój film miał postawić artystę w sytuacji, w jakiej znajdować się może odbiorca jego działa jak również pokazać artystę, który sam bywa zagubionym odbiorcą.

Z czego, według, ciebie, wynikają te problemy sztuki z komunikatywnością?

Sądzę, że z tego, iż wydaje nam się, że dzieło to gotowy produkt stworzony przez artystę demiurga, o znaczeniu, które może odczytać tylko osoba, która posiadła tajemną wiedzę. Nie nauczyliśmy się jako społeczeństwo otwartości i luzu wobec sztuki, co blokuje nas i uniemożliwia właściwy kontaktem z nią. Dla mnie dzieło jest przedmiotem bez znaczenia, które sztuką staje się w zetknięciu z odbiorcą, który filtruje je przez swoje emocje, wiedzę i doświadczenia. Dopiero na styku odbiorca-artysta powstaje to, co ma wartość. W BTS staram się, żeby każde dzieło było tłumaczone przez kilka osób z różnych środowisk, które w inny sposób uczestniczą w kulturze – wtedy najlepiej widać rozpiętość możliwych interpretacji.

Czego dokładnie wymagasz od swoich tłumaczy?

Stawiam właściwie tylko jeden warunek: żeby tłumaczenie w miarę możliwości jak najbardziej odbiegało od wersji oficjalnej, wyznaczonej przez kuratorów. W wypadku współczesnych dzieł nie ma z tym problemu, bo często nie ma ustalonego kanonu, ale w wypadku dzieł klasyków – tłumacze miewają kłopoty z uwolnieniem się od obowiązującej wykładni.

W 1999 roku Akademia Ruchu zrobiła akcję pt. „Biuro tłumaczeń”, podczas której artyści AR usadzeni przy stolikach rozstawionych wprost na ulicy objaśniali podchodzącym przechodniom różne zagadnienia, również związane ze sztuką. Czy inspirowałaś się tym działaniem?

Akademia zrobiła ten projekt wspólnie z Komuną Otwock. Bardzo cenię działalność Akademii Ruchu mimo to muszę przyznać, że nie znałam tego projektu. Dowiedziałam się o nim w zabawny sposób już w trakcie realizacji własnego pomysłu. Postanowiłam zaprosić do BTS Krzysztofa Żwirblisa – był właściwie pierwszym „tłumaczem”, do którego się zwróciłam. I wtedy on powiedział: zaraz, ale to już było. Szybko jednak ustaliliśmy, że te dwa pomysły bardzo wiele różni, łączy je właściwie tylko nazwa. Ich „Biuro tłumaczeń” tłumaczyło zjawiska, które autorzy akcji sami wybrali. Jedno ze stanowisk zajmowało się sztuką i tłumaczyło przechodniom dzieła Katarzyny Kozyry. Także nie ma tu mowy o repetycji, bo inny jest zamysł – ja próbuję motywować odbiorców sztuki do tworzenia własnych interpretacji. „Biuro tłumaczeń” Akademii Ruchu samodzielnie tłumaczyło pewne zjawiska związane z różnymi dziedzinami życia zagubionemu społeczeństwu z końca lat 90-tych.

Projekt BTS jest próbą oswojenia ludzi ze sztuką współczesną. Myślę, że słowo „oswajanie” generalnie pasuje do twoich prac – wystarczy przypomnieć cykl „Niech nas zobaczą” (z gejami i lesbijkami, którzy trzymali się za ręce na ulicy) czy też projekt „Widzi mi się pałac”, w którym między innymi wstawiłaś ten stalinowski dar dla stolicy na dach malucha ujmując mu symbolicznej grozy…

Cykl „Niech nas zobaczą” z 2003 roku rzeczywiście wprost opierał się na myśli, że nietolerancja wynika często z nieoswojenia. Oprócz zdjęć w galerii planowałam wtedy rozwiesić w miastach plakaty przedstawiające postaci w ich naturalnych rozmiarach. W ten sposób fotografie przybliżałyby swoich bohaterów przechodniom, wprowadzały je do obrazu ulicy. To oczywiście się nie udało, bo wówczas bardzo trudno było kogokolwiek przekonać do takich działań. Nawet Kampania Przeciw Homofobii, (ostatecznie organizator wystawy) do której przyszłam z tym pomysłem początkowo nie wierzyła, że da się go zrealizować i odmówiła. Nie otrzymaliśmy pozwoleń, w efekcie czego zamiast ogromnych plakatów zdjęcia zaistniały w przestrzeni miejskiej w formie billboardów. To nie było spełnienie moich marzeń, ale i tak byłam zachwycona, że udało się aż tyle…

Motyw oswajania z „obcym”, tym razem kulturowo, jest też tematem twojej niedawno powstałej pracy pt. „Luneta”…


Tak, „Luneta” poruszała bolesny wątek nieistniejącej już dzisiaj w Lublinie społeczności żydowskiej oraz naszego stosunku do niej. Instalacja była prezentowana na Festiwalu Open City w Lublinie. Wyglądała jak prawdziwa luneta – taka, jakie można spotkać na tarasach widokowych. Stała w centrum miasta, można się więc było spodziewać, że zobaczy się przez nią odległą dzielnicę miasta. W rzeczywistości widziało się przez nią jednak wybrzeże Izraela – z kawałkiem ulicy, jakąś nieczytelną reklamę po hebrajsku i przechodniów, którzy co jakiś czas obracali się w kierunku osoby obserwującej ich przez lunetę i pozdrawiali ją przyjaźnie. „Luneta” miała być prostym zabiegiem zmuszenia ludzi do wykonania pierwszego sympatycznego gestu, który powinien być naturalny a jednak ciągle bardzo o niego w Polsce trudno. Dowodzi tego inny projekt, który był pokazywany w Lublinie w ramach festiwalu Open City i również dotyczył przedwojennej społeczności chasydzkiej w tym mieście. To street-art Ronena Eidelmana, który poprzyklejał na ścianach kamienic fotografie  naturalnej wielkości postaci chasydów pochodzących z Lublina. Prawie wszystkie fotografie zdarto i zdewastowano w ciągu kilku godzin, co jest wyraźnym sygnałem, iż borykamy się w Polsce z nie pozałatwianymi sprawami…

Myślisz, że odhermetyzowanie sztuki stanowi jakieś remedium?


Jestem pewna, że sztuka może tu wiele zdziałać. Ale żeby mogła działać, odbiorca musi chcieć i umieć jej słuchać. 


Krzysztof Żwirblis

Sąsiadka

Najnowszą jej pracą było „W środku lato” – duża kostka z białego styropianu na placu Konstytucji, w której przy trzaskającym mrozie odbywała się w ogrzewanym wnętrzu symultaniczna projekcja czterech filmów nakręconych tam latem. „Dobrzy sąsiedzi” są  projektem prowadzonym od trzech lat, który polega na przeniesieniu gestu, jaki możemy wykonać wobec sąsiada, na mieszkańca sąsiedniego kraju. Artystka pochodząca z przygranicznej miejscowości, zainspirowana bliskością Obcego, trzy lata temu pozdrawiała w Cieszynie przez graniczną rzekę nieznajomych obywateli sąsiedniego państwa. Jej „Ahoy sąsiedzie” podpisywało, trochę na zasadzie wishful thinking, nasze relacje z Czechami, które, zwłaszcza na tym terenie, nie były łatwe.  

W Berlinie było picie kawy przy rozkładanym stoliku wędrującym po całym mieście. Był to zarazem test na otwartość, na chęć spotkania Obcej - artystki nie mówiącej ojczystym języku swoich gości. W Wilnie podlewała kwiaty na miejskich klombach tak, jakby robiła to przed swoim domem, z małą niemal dziecięcą konewką. Jej działanie było jakby bezskuteczne wobec skali publicznej zieleni i wielkich spraw sugerowanych architekturą niegdyś jednego z ważniejszych polskich miast. Wtajemniczeniem w świat „naszej” dzielnicy, „naszego” bazaru były wspólne zakupy z mieszkanką Lwowa, z którą poszła na lokalny targ po produkty na obiad. Była to relacja z bliskich nam kulturowo, zwykłych czynności, wyróżnionych jednak udziałem naszej bohaterki i kreatorki całej sytuacji. Sąsiedzkim gestem jest także podsłuchiwanie za pomocą szklanki przyłożonej do ściany. Artystka zachowywała się tak ulicach Żiliny - słowackiej stolicy z czasów państwa kolaborującego z III Rzeszą, paradoksalnie wynosząc na zewnątrz to, co wstydliwe i może się dziać tylko w mieszkaniu.
Dla obserwujących ją mieszkańców miasta była to dwuznaczna sytuacja, nie do końca kojarząca się z mrocznymi tajemnicami, bo wykonywana przez rozbawioną artystkę. Mieszkańcy rosyjskiego Kaliningradu uczestniczyli w bardzo popularnej formie sąsiedzkiej pomocy - pożyczaniu produktów, których zabrakło do upieczenia ciasta. Ciasto z kaliningradzkiej mąki, drożdży, soli i cukru pożyczonych na zwykłych blokowiskach zostało już upieczone. Karolina Breguła chciała nawet przesłać uczynnym sąsiadom przynajmniej jego zdjęcie – tu jednak natrafiła brak zaufania i strachu nie tyle przed Obcym, co przed Swoim, który o tych kontaktach mógłby się dowiedzieć. Nieliczni, którzy dali adresy dostaną listy i zdjęcia, a pozostałym może uda się inaczej pokazać upieczoną babę. Do Grodna na Białorusi prawie pusty pociąg jedzie od granicy 40 minut. Tutaj w typowym bloku artystka wpadła ze swoim piwem by obejrzeć mecz. Był telewizor, rozmowy o wszystkim, domowej produkcji wędliny i coś mocniejszego.

Akcja Karoliny Breguły,  w porównaniu z wieloma działaniami w przestrzeni miasta z intencją zapisu, uderza swoją lekkością. Jej prosty gest wykonywany w krajach ościennych wywiedziony z codziennych zachowań sąsiedzkiej pomocy, zyskuje sens metaforyczny. Dochodzi w nim do bezinteresownego kontaktu i symbolicznej akcji przełamującej rutynę codzienności. Artystka w umiejętny sposób stwarza atmosferę otwarcia na Innego. To, co często może hamować - obecność aparatu i zewnętrznego obserwatora, w tym przypadku pomaga.

Zwyczajne sytuacje łatwiej zyskują w oczach uczestników aurę innego porządku, bardziej podniosłego i świątecznego, który daje energię, impuls do kreatywnych zachowań. Cały projekt  to ciąg prywatnych sytuacji, w których nie liczą się stereotypowe obrazy Innego oraz oficjalne kanały i przedstawiciele zawodowo zajmujący się kontaktami z zagranicznymi sąsiadami.  Odwaga artystki w realizacji projektu, jej przekonanie o zasadności podejmowania takich akcji, opierają się na przekonaniu, że nie ma takich różnic, które by uniemożliwiały kontakt. Myślę, że trudno o przykłady indywidualnych działań, które lepiej niż prace Karoliny Breguły przy pomocy sztuki budują porozumienie między ludźmi nowej, powstającej powoli Europy.

źródło: Exit, maj 2010


Zofia Cielątkowska

Czy to nasi sąsiedzi? Breguła w Szarej

Wystawy znajdujące się poza centrum tzw. artystycznego świata, rzadko trafiają na powierzchnię głównego nurtu, a szkoda, bo często pomija się w ten sposób miejsca z ciekawymi pomysłami i programem, a nie wiadomo o nich tylko dlatego, że nie są po drodze... Piszę dziś o jednym z takich miejsc usytuowanych z dala od hałaśliwych arterii wielkich miast, w spokojnym i urokliwym Cieszynie, czyli o Galerii Szarej. Funkcjonuje ona już od ośmiu lat prowadzona przez Łukasza Dziedzica oraz Joannę Rzepkę-Dziedzic, i jak na skromne przestrzenie i możliwości, prezentuje bardzo spójny i konsekwentny program. Z racji swego przygranicznego położenia, pełni czasami rolę łącznika z naszymi czeskimi sąsiadami. Można tu było zobaczyć już między innymi: Niosę przed sobą lustro - wystawę pamięci Andrzeja Szewczyka z udziałem m.in. Mirosława Bałki, Leona Tarasewicza, Stanisława Dróżdża, Roberta Kuśmirowskiego, Grzegorza Sztwiertni; Gry Wizualne z udziałem m.in. Anety Grzeszykowskiej, Janka Smagi, Dity Pepe, Macieja Osiki, czy Wolność, równość... Sztuka! - m.in. Przemysław Kwiek, Jiří Surůvka, Hubert Czerepok, Lenka Klodova, Marek Wasilewski, Artur Żmijewski, Kamil Stańczak, Jerzy Truszkowski

W pierwszym dniu lutego została tam otwarta nowa wystawa Karoliny Breguły pt. Dobrzy sąsiedzi, która od początku do końca jest koncepcją samej artystki. Użycie słowa wystawa nie jest może w tym kontekście do końca właściwe i bardziej odpowiednim określeniem byłaby prezentacja dokumentacji z projektu. Takie podejście podkreśla zresztą sama artystka, odcinając się zwłaszcza od określenia wystawa fotografii, czym też częściowo tłumaczy niezbyt dbałe potraktowanie samej ekspozycji i materiałów. Na czym polegał sam projekt?


W inspiracjach i założeniach Dobrych sąsiadów pojawia się motyw Europy powiększającej się na Wschód. Chodzi tu dokładniej o zmiany zachodzące w szybkim tempie na wielu płaszczyznach i ich odniesienie do relacji między ludźmi. Wraz z tymi zmianami, czy też z procesem powiększania jednego państwa powstającego z wielu narodowości i kultur, wyłania się pytanie: jakie ma to znaczenie dla zwykłego człowieka? Jakie ma to znaczenie w odniesieniu do życia dnia codziennego? Kim są dziś nasi sąsiedzi? Dobrzy sąsiedzi pokazują minimalistyczne przepracowywanie relacji z naszymi ościennymi sąsiadami, bez oglądania się w przeszłość. Zamiast więc wchodzić w złożone relacje społeczne, polityczne czy historyczne z poszczególnymi państwami, już nie tyle graniczącymi, co bardziej sąsiadujących z Polską, wraz z ich całym pogmatwaniem, ciężarem i niepewnością, i zastanawiać się, co z tych relacji w obecnej sytuacji wynika, artystka wykonuje proste, pozytywne gesty, które bez większej refleksji wykonujemy wobec naszych sąsiadów z jednego podwórka, ulicy czy domu. To właśnie te sąsiedzkie gesty są głównym tematem projektu.


Obok wspomnianej, nowej, poszerzającej się Europy, Breguła wspomina pozytywne doświadczenie mieszkania w jednej z warszawskich kamienic, gdzie stosunki między lokatorami były bardzo bliskie, wszyscy przyjaźnili i dobrze znali; była to idealna sytuacja, jakiej można by oczekiwać w relacji z sąsiadami. Tego typu doświadczenia, które niewątpliwie przyczyniły się do pomysłu przeniesienia zwykłych gestów sąsiedzkich z domu czy ulicy poza obręb kraju, są dziś raczej dość rzadkie dla współczesnego nomady czy po prostu mieszkańca wielkoformatowej architektury za ogrodzeniem, podwójnymi drzwiami i wysokim żywopłotem...


Wracając jednak do projektu, artystka po spisaniu listy rzeczy, o jakie można poprosić bądź jakie można zrobić dla sąsiada, przez okres prawie 2 ostatnich lat odwiedzała ościenne kraje: Rosję, Białoruś, Ukrainę, Litwę, Czechy, Słowację, Niemcy, w każdym z nich wykonując inny sąsiedzki uczynek. Przyjrzyjmy się poszczególnym działaniom. Każdy z gestów jest w jakiś sposób zamkniętą całością i czasami udaje mu się ujawnić specyfikę danego kraju..


Rosja, Kaliningrad - próba pożyczenia produktów do upieczenia ciasta.
Kamienice, domy, bloki odwiedzane przez artystkę w Kaliningradzie były bardzo różne: od tych dobrze wyglądających, zadbanych do mało ciekawych, z obdrapanymi ścianami, zepsutymi schodami i domofonem. Do tych różnorodnych drzwi ujawniającymi swą powierzchownością coś o mieszkańcach pukała Karolina, próbując pożyczyć produkty potrzebne do upieczenia ciasta: mąkę, proszek do pieczenia, jaja, cukier, sól... Nie znając dobrze języka rosyjskiego, witała otwierających zapamiętaną, prostą formułką. Założenie tego projektu było takie, co zresztą prawie się udało, że całe ciasto powstanie z pożyczonych produktów, a następnie dokumentacja fotograficzna z akcji pożyczania i upieczenia zostanie przesłana uczestnikom. Kaliningrad okazał się dla artystki bardzo trudnym miejscem do realizacji zamierzonego gestu i to zarówno, jeśli chodzi o pożyczenie produktów, jak i zebranie adresów, w celu późniejszego przesłania dokumentacji. Zwłaszcza to drugie okazało się prawie niemożliwe i tylko dwie osoby pozwoliły zapisać swój adres. Karolina wspomina, że można było wyczuć strach i obawę... Nieufność zakorzeniona wciąż w myśleniu mieszkańców, a odziedziczona po opresyjnym systemie, wyszła przed gest i dała o sobie znać bardzo mocno. Efekt był taki, że tylko z nielicznymi mieszkańcami udało się porozmawiać chwilę dłużej i z reguły - jak wspomina artystka - były to bardzo miłe rozmowy, które kończyły się nie pożyczeniem niczego. Natomiast w momencie, kiedy któryś z odwiedzanych sąsiadów decydował się już użyczyć jakiegoś produktu, wyglądało to tak, że zamykał drzwi, szedł do kuchni, po czym przynosił dany produkt. Nie zdarzyło się, żeby ktoś zostawił otwarte drzwi albo zaprosił do środka. Doszło nawet do dosyć zabawnej sytuacji oddającej atmosferę i klimat kaliningradzkiego pożyczania. Jedna z pań wdała się z artystką w miłą i dłuższą rozmowę i powiedziała: być może to, co pani robi, jest ciekawe i miłe. Nawet mam jajko, żeby pani pożyczyć, ale tego nie zrobię, bo może się to okazać dla nas niebezpieczne...


Niemcy, Berlin - zaproszenie na poranną kawę. 
Na środku Potsdamer Platz w Berlinie, czyli w miejscu, gdzie zawsze licznie przewijają się ludzie zmierzając w różnych kierunkach, podczas bardzo brzydkiej pogody Karolina rozstawiła stolik i zapraszała przechodniów na poranną kawę. Gest został odebrany bardzo pozytywnie i z wieloma osobami odbyłyby się przyjemne, dłuższe pogawędki pomimo zacinającego deszczu i silnego wiatru. Duże znaczenie, jak sądzę, odegrał fakt, iż Berlin jest wyjątkowo różnorodnym miastem i też otwartym na różnorodność. Mieszkańcy Berlina przywykli w pewnym sensie do artystycznej atmosfery i zaskakujących pomysłów na co dzień. Żaden z sąsiadów z porannej kawy nie bronił się przed podaniem artystce swojego adresu by otrzymać dokumentację z wydarzenia.


Słowacja, Żylina - podsłuchiwanie sąsiadów. 
U słowackich sąsiadów artystka postanowiła wykonać mniej chlubny gest, a mianowicie podsłuchać ich przy pomocy szklanki przyłożonej do murów. Ponieważ akcja odbywała się w przestrzeni publicznej, Karolina czekała również na ewentualną reakcję przypadkowego przechodnia, ale takiej nie było i gest pozostał niezauważony. Sam pomysł zresztą okazał się nie do końca trafiony, gdyż przez grube mury niewiele udało się usłyszeć.


Białoruś, Grodno - wspólne oglądanie meczu w telewizji.
Na Białorusi wszystko zaczęło się od ogłoszenia w tamtejszej gazecie, że artystka poszukuje osoby z Białorusi, z którą mogłaby obejrzeć mecz. Odpowiedziała na nie sąsiadka Pana Dimy z Grodna. Tak Karolina została zaproszona na mecz hokeja - najważniejszego sportu narodowego. Kiedy w wyznaczonym terminie, po uprzednim sprawdzeniu programu telewizyjnego i oczywiście konieczności uregulowania wymagań wizowych Karolina przybyła na miejsce, okazało się, iż mecz w telewizji został odwołany. Nie zaszkodziło to zupełnie samemu spotkaniu, które dzięki polskiemu piwu, szynce z kaloryfera i białoruskiej wódce odbyło się w prawdziwie przyjaznej, sąsiedzkiej atmosferze.
Litwa, Wilno - podlewanie kwiatów.
Akcja litewska odbyła się z kolei podczas gorącego lata, kiedy to wileńczycy byli w większości na wakacjach, a na zewnątrz panował upał. Artystka postanowiła spełnić sąsiedzki obowiązek i podlać kwiaty, podczas nieobecności gospodarzy. Przechadzała się po kwietnikach w miejscach publicznych z konewką, licząc, że przypadkowi przechodnie nawiążą kontakt z nietypową ogrodniczką. Jak się jednak okazało, wtopiła się zupełnie w tamtejszą aurę, nie budząc większego zadziwienia - nie licząc może policjanta, który kazał jej zejść z ronda z klombem...


Ukraina, Lwów - pomoc w zakupach na targu. 
Aby zrealizować ten projekt, artystkę posłużyła się pocztą pantoflową rozpraszając wiadomości wśród znajomych, o tym, że poszukiwana jest towarzyszka zakupów na targu ukraińskim. W ten sposób, po pewnym czasie odezwała się Pani Zoriana - towarzyszyła Karolinie w zakupach na targu we Lwowie.
Czechy, Cieszyn - pozdrawianie na dzień dobry.
To jedyna praca na wystawie będąca dokumentacją filmową. W kadrze widzimy uśmiechniętą artystkę machającą przyjaźnie ręką na powitanie i wykrzykującą do przechadzających się Czechów: ahoj!. Film został tak zrealizowany, iż słyszymy tylko dźwięk powtarzanego przez Karolinę powitania, natomiast odpowiedzi sąsiadów, którzy czasem - jak możemy się domyślić - odpowiadają coś, czego nie słyszymy. Z jednej strony można uznać, iż jest to gest artystki w stosunku do nich, z drugiej aż chciałoby się usłyszeć, jak się czuje sąsiad, skoro go o to zapytaliśmy? Reakcje sąsiadów czeskich są bardzo różne, niektórzy patrzą ze zdziwieniem na machającą postać i udają, że jej nie ma (być może towarzystwo kamery było nieco dwuznaczne?), inni przyjaźnie się uśmiechają, coś odpowiadają, odmachują. Atmosfera jest bardzo luźna, spokojny letnio-wiosenny dzień, bez pośpiechu każdy idzie w swoją stronę.


Wszystkie z poszczególnych akcji będą miały swoją kontynuację, i tak np. projekt czeski pokazywany będzie w formie projekcji na moście w Cieszenie wraz z towarzyszącym spotkaniem z autorką, czyli powrót do przestrzeni publicznej. Natomiast berlińska poranna kawa wraca w postaci nalepek na chodniku: tu dwie sąsiadki w dniu tym i tym piły kawę...
Założenia i pomysł Dobrych sąsiadów wydają się ciekawe. Jest to projekt do realizacji i pokazywania, co artystka również podkreśla, w przestrzeni publicznej. Jak wcześniej wspomniałam, zawiera się w nim minimalistyczne przepracowanie relacji z naszymi sąsiadami, bez wnikania w sytuację polityczną i społeczną, która w niektórych wypadkach, wychodzi jednak przed gest i daje o sobie znać. Projekt ten nie tyle mówi o sąsiadach i relacjach sąsiedzkich, co może bardziej o minimalistycznych ludzkich gestach - często niezauważonych, a tu wydobytych z ich zwyczajności. Mam jednak zastrzeżenia, co do samej prezentacji. Artystka podkreśla, że zależało jej na tym, aby nie była to wystawa fotografii, stąd też zamierzona niedbałość i prostota ekspozycji. Jeśli rzeczywiście celem było uniknięcie etykiety „wystawa", to może trzeba było po prostu wybrać inną formę, np. pokaz slajdów z komentarzem artystki. Zgadzam się, że ten projekt nie żyje w obrazie, tylko w narracji, w przestrzeni, w relacji, ale sposób, w jaki się o nim dowiadujemy - proste, nieoprawione fotografie przybite na ścianach gwoździami - odebrał nieco moc przekazu. Niezależnie jednak od estetyki i prezentacji, warty jest zauważenia i odwiedzenia Galerii Szarej.
Karolina Breguła, Dobrzy sąsiedzi, Galeria Szara, Cieszyn 02-27.02.2010

źródło: Obieg 7.03.2010


Agata Diduszko – Zyglewska

Co autor miał na myśli?

Od kilkunastu dni działa w sieci Biuro Tłumaczeń Sztuki, w którym każdy zdezorientowany bywalec galerii może zamówić interpretację dowolnego dzieła sztuki współczesnej. BTS to projekt niekomercyjny, a w istocie, praca dyplomowa Karoliny Breguły w pracowni prof. Józefa Robakowskiego w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Teatralnej i Telewizyjnej w Łodzi. BTS swoim wywrotowym działaniem stawia pytania o hermetyzm i komunikatywność sztuki współczesnej; i o równouprawnienie profesjonalnej i laickiej refleksji o sztuce.
Podstawowym założeniem jest odejście od interpretacji kanonicznej, wypowiedzianej przez samego twórcę, bądź uznanych krytyków. Tłumaczami są ludzie na różne sposoby związani z kulturą i sztuką (ale niewielu jest wśród nich historyków sztuki czy zawodowych kuratorów). Ich zadaniem jest popuścić wodze fantazji, umieścić dzieło we własnej siatce skojarzeń i kontekstów – innymi słowy, opisać swój osobisty trop interpretacyjny. Na każde zamówienie odpowiada kilku tłumaczy. Breguła stara się za każdym razem dobierać autorów o różnym doświadczeniu i zakresie zainteresowań, żeby uwypuklać subiektywizm każdej analizy (co zarazem pozwala odkryć intersubiektywne aspekty danej pracy). Na stronie BTS jest też miejsce na tłumaczenia internautów.
Wszystkie te elementy mają skłaniać czytelników do zaakceptowania postawionej przez autorkę projektu tezy, która zakłada, że obiekt wytworzony przez artystę staje się dziełem sztuki dopiero w zetknięciu z odbiorcą, a co za tym idzie, każda interpretacja, zarówno erudycyjna – krytyka sztuki, jak intuicyjna – laika, jest równie uprawniona. W ten sposób Biuro Tłumaczeń Sztuki stara się zachęcić bywalca galerii do własnej refleksji, nieskrępowanej poczuciem braku szczególnej wiedzy, która uprawniałaby do jej formułowania. Analizy dostarczane przez tłumaczy mają być katalizatorem uruchamiającym nieskrępowaną pracę wyobraźni.
Karolina Breguła już od kilku lat zajmuje się tematem recepcji sztuki przez tzw. zwykłego zjadacza chleba, który nie ma na podorędziu profesjonalnych „kluczy” do współczesnych dzieł. Jej praca z 2007 roku, „66 rozmów o współczesnej sztuce” to cykl wywiadów z laikami o ich rozumieniu wybranych dzieł, oczekiwaniach i emocjach związanych ze sztuką. W założeniu „66 rozmów…” miało stanowić swoiste narzędzie pomocnicze dla samych artystów, którzy chcieliby pracować nad komunikatywnością swoich prac. Inny przykład tego nurtu w jej działaniach to film „Nie rozumiem”, nagrany dla warszawskiej Galerii Hoża, w którym sama artystka odczytuje tekst, na który złożyły się fragmenty wypowiedzi kilkudziesięciu osób dotyczące z jednej strony ich fascynacji sztuką, a z drugiej – poczucia niedostępności ukrytych w dziełach znaczeń.
Temat tłumaczenia „zwykłym ludziom” trudnych zagadnień (m.in. związanych ze sztuką) podjęła już w 1999 roku, w formie akcji ulicznej, Akademia Ruchu – co ciekawe, o ile formuła i cele tamtego projektu były nieco inne, tytuł brzmiący „Biuro tłumaczeń” skłania do szukania powiązań między tymi dwoma działaniami. Zapytana o inspiracje, autorka BTS, opowiada ze śmiechem, jak niczego nieświadoma zaprosiła do grona swoich tłumaczy Krzysztofa Żwirblisa (członka Akademii Ruchu), który poinformował ją, że „to już przecież było”, ponieważ jak się okazało, w akcji AR sam interpretował dla zainteresowanych przechodniów dzieła Katarzyny Kozyry. Jedną z istotnych różnic między tymi dwoma projektami stanowi fakt, że o ile w akcji AR tłumaczami byli sami artyści, to Karolina Breguła w zamierzeniu chce oddać głos właśnie odbiorcom – oswoić ich z ideą twórczej recepcji dzieła sztuki.
„Oswajanie” wydaje się zresztą hasłem kluczowym dla całej dotychczasowej twórczości tej artystki. Wystarczy przywołać kilka jej wcześniejszych projektów. Jeden z nich to „Niech nas zobaczą” – cykl fotografii homoseksualnych par dziewcząt i chłopców trzymających się za ręce na ulicy, które zagościły w galeriach i na ulicach kilku polskich miast w 2003 roku jako billboardy. Inny „oswajający” projekt to „Widzi mi się pałac” czyli seria fotomontażowych obrazów, w którym warszawski PKiN, dla wielu złowrogi symbol twardego komunizmu, jedzie na dachu malucha, stanowi opakowanie pigułek antykoncepcyjnych lub tworzy malowniczy irokez na głowie punka – innymi słowy, pojawia się w bardzo wielu różnorakich kontekstach i traci swoją monolityczną ponurą symbolikę na rzecz osobnych, abstrakcyjnych, skojarzeń – tak jak na różne sposoby istnieje w świadomości warszawiaków.
„Oswajanie” sztuki współczesnej jest kolejnym krokiem Breguły w kierunku skracania dystansu między artystą/dziełem/tematem/obiektem a odbiorcą. Jest też zarzewiem dyskusji o granicach interpretacji i próbą stworzenia w pełni otwartej, społecznej przestrzeni do rozmowy o sztuce.
Do tej pory zinterpretowano już na życzenie m.in. „Tęczę” Cezarego Bodzianowskiego, „Wielkiego masturbatora” Salvadora Dali, „Szklankę” Agaty Bogackiej, „Nr 5” Jacksona Pollocka i „52 koguty policyjne” Kamila Kuskowskiego – wśród tłumaczy tych dzieł znaleźli się m.in.: Paweł Marczewski (historyk idei i socjolog), Kuba Wandachowicz (filozof), Zuza Wrońska (muzyk), Małgorzata Kozubek (filmoznawczyni), Iga Woszy (podróżniczka), Elżbieta Łebkowska (socjolożka, wydawczyni)…


Agnieszka Żechowska:

„W środku lato” na Placu Konstytucji w Warszawie

Przy Placu Konstytucji w Warszawie stanął biały budynek, w którym zimową aurę zastąpił letni, słoneczny dzień. To dzieło Karoliny Breguły zatytułowane „W środku lato”.

Artystka konfrontuje zwykłą codzienność z przeżyciem zaskakującym, innym niż doświadczenie „tu i teraz”. Proponuje iluzję, którą częściowo ucieleśnia, ożywia. Iluzję wspierają zmysłowe, jak najbardziej realne, doznania. Są to doznania ciepła i doznania wzrokowe. Oferuje je prosty, biały budynek – niespodziewana „przeszkoda” na, raczej dobrze znanej przechodniom drodze, po której nie należałoby się spodziewać czegoś niezwykłego. Sterylnie biały budynek może robić wrażenie obiektu nie z tego świata albo wytartej gumką przestrzeni na płaszczyźnie szarej rzeczywistości, albo też nieoczekiwanej przerwy w ciągu następujących po sobie sekwencji dobrze znanej melodii czy utrwalonego rytmu miejskiej aglomeracji. Biel - ekran przeznaczony na projekcję własnych pragnień, zaprasza do podróży w czasie. Czy przywołana iluzja daje poczucie ukojenia zmysłów spragnionych tego, czego im właśnie brak? Lato jest wszakże na przeciwległym biegunie czasu.

W projekcie „W środku lato” chodzi o działanie na zmysły w taki sposób, by czerpać z nich przyjemność choćby chwilową. A może to jest przyjemność mająca swoje konsekwencje, bo rzeczywistość niespodziewanie odsłania lukę – przestrzeń, miejsce dla pracy wyobraźni? Artystyczna sugestia być może kieruje odbiorcę na drogę twórczej halucynacji, która odmienia, a przynajmniej zaburza „tu i teraz”, uwalnia zmysły z przywiązania do pośpiechu,  a może także pozwala inaczej spojrzeć na samą sztukę. Nadzieja na zmianę wiąże się z bielą, która skrywa potencjalność wszystkich barw tęczy. Trzeba je tylko wydobyć (spod śniegu). Czy w chłodny zimowy i szary dzień w mieście jest to możliwe? Czy jest możliwe dla widza otwarcie nowego horyzontu, przyjęcie innej perspektywy patrzenia? Celem artystki jest stworzenie namiastki tego, co ma nadejść za kilka miesięcy – słonecznego i ciepłego lata.

Karolina Breguła wyraża troskę o odbiorcę sztuki, o adresata jej własnej twórczości; współczuje z nim i pragnie odmienić jego sytuację, nawiązać z nim kontakt, sztukę uczynić użyteczną. Ta idea koresponduje z ideą dzieła „otwartego” i dzieła w ruchu zdefiniowaną przez Umberto Eco: „Poetyka dzieła w ruchu, a także w jakiejś mierze poetyka dzieła „otwartego”, ustala nowy rodzaj stosunków między artystą a publicznością, nowy mechanizm percepcji estetycznej, nowy stosunek między kontemplacją a korzystaniem z dzieła sztuki.”
Dzieło Karoliny Breguły przecina drogę przechodnia. Umożliwia mu kontakt z jego własnymi fantazjami i pragnieniami oraz kontakt ze sztuką. Przypadkowe dla widza „związanie” własnych emocji z przestrzenią wykreowaną przez artystkę sugerować może pytania o status sztuki, o jej funkcję, definicję, o jej relację do rzeczywistości i, przede wszystkim, o indywidualny stosunek widza do niej. Dopiero reakcja widza dopełnia dzieło. Jego sens jest niepewny, tak jak niepewna jest moc białego obszaru na tle szarej rzeczywistości. Sens dzieła jest otwarty.


Paweł Leszkowicz

Przeciwko samotności

Estetyka i intymistyka łączą się w autoportretowym cyklu fotografii i instalacji wideo Mężatki (2005) autorstwa Karoliny Breguły i Oli Buczkowskiej. Artystki odsłaniają przestrzenie bliskości i poezji ukryte w codzienności miłości i przyjaźni.

Fotografie przedstawiają relacje cielesne i emocjonalne pomiędzy dwoma artystkami.  Film wideo umieszcza je w kontekście związków z mężczyznami. Fotografie emanują kobiecością, sugerują intymne więzy pomiędzy autorkami. W tych podwójnych autoportretach domowego życia zapisane są ślady dotyku, kontaktu cielesnego, snu, smutku, radości, pieszczoty i wzajemnego porozumienia. Fotografie intensyfikują przestrzenie kobiecości. Przeważają sceny związane z przyjemnością i relaksem. Film wideo zaskakuje, gdyż rozbija  zamknięty kobiecy świat, okazuje się, że mężatki mają swoich mężczyzn, obecnych głównie poprzez głosy. Są zatem „poślubione” sobie nawzajem i swym partnerom. W tym właśnie sensie jest to autobiograficzna praca o miłości i przyjaźni, pomiędzy którymi zanikają granice. Jest to również obraz bezpieczeństwa i komfortu domowego życia w różnego rodzaju związkach.

Fotografie koncentrują się na fragmentach kobiecych ciał i twarzy, w oddzieleniu lub we wzajemnej relacji do siebie. Subtelna cielesność koloru powoduje, że zdjęcia są niczym powierzchnia skóry, są niezwykle zmysłowe. Oglądając prawie dotykamy, wchodząc do prywatnego kobiecego świata. Sposób kadrowania odsłania jedynie fragmenty z życia bohaterek. Na wideo także nie pokazują nam swoich mężczyzn, jedynie sugerując ich obecność filmując tylko połowę wnętrza. Strategia obrazowania podobnie jak tematyka jest przesycona delikatnością. Kompozycje ujęte z zaskakujących punktów widzenia i z dużą ilością pustej przestrzeni, zostawiają wiele miejsca dla wyobraźni widzów. Artystki jednocześnie odsłaniają i zasłaniają, całość jest niczym porozrzucane klatki filmowe, z których można tworzyć różne narracje bliskości i erotyki.         

Na filmie jedna z bohaterek troskliwie żegna się ze swoim wychodzącym z domu partnerem. One zostają same. Na jednej z fotografii obydwie siedzą za stołem i pogrążone są w rozmowie, zapatrzone w siebie. Ostatecznie w całej pracy dominuje wzajemna bliskość pomiędzy kobietami. W tych podwójnych związkach artystki odnalazły nie tylko swoją estetykę ale i ciepło cielesnej i domowej przestrzeni a przede wszystkim ochronę przed samotnością i afirmację własnej intymności.